JOHN MAXWELL COETZEE Hańba (Disgrace) reż. Marcin Wierzchowski

Scena:
Scena Stolarnia
Czas trwania:
2h 40min (bez przerwy)
Cena:
normalny: 45 pln , ulgowy: 35 pln

O spektaklu

Człowiek zhańbiony to człowiek, który utracił coś, czego nie da się odzyskać. Jest jak trędowaty, jego hańba może zarazić tych, których dotknie. Utracił, ale być może też uzyskał. Bo dopiero upadłszy tak nisko, jak tylko się da, do poziomu psa, człowiek może podjąć próbę zrozumienia, kim naprawdę jest i ile tak naprawdę warte jest jego życie. Człowiek może pohańbić się w oczach innych ludzi, ale prawdziwa hańba dotyka go dopiero w jego własnych oczach. Sam przed sobą staje się niegodny, bezwartościowy i skalany. Sam musi stanąć w obliczu wyzwania odbudowania siebie, ukonstytuowania siebie na nowo. Musi określić, kim będzie oraz czy i w jaki sposób jego hańba będzie stanowić o jego tożsamości. Zagłębiając się w powieść Coetzee'go i stawiając kolejne pytania, odkrywamy niewygodne prawdy, które prowadzą do coraz trudniejszych pytań. O winę, o wstyd, o samotność, o naturę nienawiści i przemocy, o mężczyzn, o kobiety. Ale Coetzee nie udziela odpowiedzi, tylko z ironicznym uśmiechem podsuwa nam kolejne obrazy, kolejne sceny i kolejne przemilczenia, prowadząc coraz głębiej w otchłań hańby. Na scenie ofiary po raz kolejny stają twarzą w twarz z oprawcami, jednym i drugim udziela się głosu. Pytanie brzmi, czy ten akt może doprowadzić do pojednania, czy też stanowić będzie kolejny rozdział niekończącej się historii ludzkiego cierpienia. Copyright © J.M. Coetzee

premiera 15 czerwca 2018, Scena Stolarnia
367 premiera Teatru Ludowego

9.07.2018
Tomasz Domagała
 

Pozwólcie nam szczekać!

Jedną z ważniejszych scen w książce Coetzee’go jest moment przesłuchania głównego bohatera powieści, Davida Luriego, przez uczelnianą komisję po tym, jak Melanie Isaacs, czarnoskóra studentka, z którą romansował, oskarżyła go o seksualne molestowanie. Jedna z członkiń komisji, niezbyt przychylna oskarżonemu, w pewnym momencie stwierdza: „owszem, profesor Lurie mówi: jestem winny; ale kiedy usiłujemy dowiedzieć się szczegółów, nagle okazuje się, że nie przyznaje się do wykorzystania młodej kobiety, tylko do impulsu, któremu nie zdołał się oprzeć. Ani słowa o zadanym bólu, ani o długiej historii wyzysku, której epizod stanowi ta afera”. Następnie komisja przystępuje do wymuszenia na Luriem oświadczenia, gdyż pomogłoby ono „ostudzić atmosferę, która zrobiła się tymczasem gorąca”. W kontekście walki z polityką apartheidu i sytuacji politycznej końca lat 90-tych XX wieku („Hańba” została napisana w 1999 roku) wykorzystanie czarnoskórej studentki przez białego profesora musiało być dla Politechniki Kapsztadzkiej nie lada wyzwaniem: „sprawa wzbudziła wielkie zainteresowanie, nabrała podtekstów, nad którymi nie możemy zapanować. Wszystkie oczy zwrócone są na uniwersytet, wszyscy patrzą, jak sobie z nią poradzimy”. Lurie odmawia publicznego ukorzenia się, argumentując, że przyznał się do stawianych mu zarzutów, a jakiekolwiek oświadczenie byłoby po prostu nieszczere. Trzeba jednak zaznaczyć, że jego przyznanie się do winy również pozostawia wiele do życzenia: „Jestem winny wszystkiego, co mi się zarzuca, wszystkiego, o co mnie oskarża pani Isaacs”. Na pytanie Farodii Rassol, czy Lurie, uznając oświadczenie swojej ofiary, w ogóle je czytał, odpowiada, że nie ma ochoty czytać oświadczenia pani Isaacs, gdyż nie widzi powodu, dla którego miałaby ona kłamać.

Kluczem do zrozumienia wagi tej sceny wydają się słowa „o zadanym bólu, o długiej historii wyzysku, której epizod stanowi ta afera”. W ich kontekście historia romansu białego profesora z czarnoskórą studentką zakończona skandalem, jego egoistyczna postawa, brak wyrzutów sumienia i skruchy, jej zawiedzione nadzieje i trauma stanowią symboliczną parabolę stosunków społecznych między białymi europejskimi kolonizatorami a czarną tubylczą ludnością południowej Afryki. W takiej sytuacji przemoc, której doświadczą w II części powieści Lurie i jego córka, Lucy (biali) ze strony trzech młodych chłopców (czarni), jawić się może jako wyraz, brutalnej wprawdzie, ale spodziewanej sprawiedliwości, bo choć apartheid upadł, upokorzenia i hańba, jakich doznali czarni od białych, domagają się odwetu. Stracona na drodze przemocy godność może zostać przez ofiary odzyskana w dwojaki sposób – albo poprzez szczerą skruchę oprawców, albo poprzez odwet. J.M. Coetzee opisuje w swojej powieści ten drugi przypadek. Co więcej, „Hańba” wydaje się jednym wielkim oskarżeniem żyjących w jakimś urojonym świecie, zajętych sobą białych, którym wydaje się, że świat wciąż jest taki, jak im się wydaje, wciąż są w jego centrum, wciąż rozdają karty. W szerszym znaczeniu „biali” to również przecież inteligencja, ludzie zamożni czy po prostu wszyscy należący do tak zwanych społecznych elit.

W tym kontekście pomysł Marcina Wierzchowskiego, żeby przenieść „Hańbę” na scenę w pozornie dalekiej od RPA Polsce wydaje się znakomity. Wszak na widowni polskich teatrów zasiada głównie – przynajmniej z założenia – właśnie elita, ludzie podobni do Luriego: intelektualiści, artyści, mieszkańcy wielkich miast, wykształceni, zamożni przedstawiciele klasy średniej, którzy – trzeba to uczciwie przyznać – żyją od dwóch dekad złudzeniami o własnej potędze i wiodącej roli w naszym małym, polskim świecie. Cicha, społeczna rewolucja, której dokonali za sprawą ostatnich wyborów ci najubożsi, niewykształceni, najmniej zarabiający i najbardziej pogardzani nadal nikogo w Polsce niczego nie nauczyła. W sprawie polskich przemian 1989 roku, które zakończyły się podziałem społeczeństwa na grupę beneficjentów oraz na miliony wykluczonych, wciąż nie słychać mocnego, dobitnego głosu, który mógłby powtórzyć za profesorem Lurie choćby to zdanie: „stawiłem się przed oficjalnie powołanym trybunałem, przed organem prawnym. I w obliczu tego świeckiego trybunału przyznałem się do winy, złożyłem całkowitą świecką deklarację. Powinna wystarczyć. Skrucha nie ma tu nic do rzeczy. Skrucha to coś z innego świata, z innej sfery dyskursu”. Wśród polskich elit nie ma na razie mowy o winie, a co dopiero o skrusze, więc upokorzona część polskiego społeczeństwa będzie nadal za pomocą brutalnego gwałtu na publicznym porządku i ustalonych zasadach egzekwować sprawiedliwość, odzyskując poprzez działania odwetowe swoją godność.

Powieść Coetzee’go składa się z dwudziestu czterech ponumerowanych rozdziałów. Ostatni obraz powieści, część rozdziału 24., to kolejna odsłona “Lösung” (uprawnione skojarzenia z hitlerowską “Endlösung”), będącego w istocie masowym uśmiercaniem bezpańskich zwierząt. „Czy wszystkie umrą?” pyta Lurie na pierwszym spotkaniu z Bev Shaw, właścicielką punktu 1529 Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, będącego tak naprawdę „wrotami ostatniej ucieczki”. „Te, których nikt nie zechce. Uśpimy je”, odpowiada Bev. „Cały kłopot w tym, że jest ich po prostu za dużo”. Bev podjęła się tego zadania, ponieważ nikt inny nie chciał. Bardzo dużo ją to kosztuje. Robi to za pomocą leku Letal (skojarzenia z mitologią grecką uprawnione), gdyż „nikt z nas nie jest gotowy na śmierć, jeżeli nie ma go kto odprowadzić”. W rozdziale ostatnim „Hańby” znowu jest niedziela, a Bev i Lurie, który od pewnego czasu stale jej towarzyszy w rytuale „lösung”, odbywają kolejną jego serię: „kobieta wnosi koty, jednego za drugim a potem psy: stare, ślepe, chrome, kalekie, okaleczone, ale też i młode, zdrowe – wszystkie, które już za długo są w schronisku. Kolejno ich dotyka, mówi do nich, pociesza je i unicestwia, a później odsuwa i patrzy, jak Lurie chowa ich zwłoki w szczelnych całunach z czarnego plastiku. Nauczył się tymczasem – tak od niej się nauczył – poświęcać całą uwagę zabijanemu zwierzęciu i dawać mu to, czego już nie wzbrania się nazwać po imieniu: miłość. Zawiązuje ostatni worek i zanosi go pod drzwi. Dwadzieścia trzy. Został tylko młody pies – ten, co lubił muzykę. (…) To był już ostatni? – pyta Bev. – Jeszcze jeden”. Ostatni rozdział powieści, niczym „pies” znajdzie swe miejsce w czarnym worku rzeczywistości. Skończy się powieść, skończy się historia Davida Lurego i proces jego przemiany. Bogaty, znudzony sobą i swoim światem, dyszący żądzą spełnienia zachcianek (władzy, dominacji, seksu) egoista będzie musiał na dnie piekła – którym okazuje się prowincja kilkadziesiąt kilometrów od wielkiej aglomeracji – zmierzyć się z konsekwencjami czynów swoich i swojej grupy społecznej. Pod wpływem przemocy i krzywdy, a także doznania na ich skutek tytułowej hańby nauczy się empatii i wzbudzi w sobie jakiekolwiek ludzkie uczucia. Proces ten będzie trudny i bolesny, ale oswojenie się ze śmiercią poprzez śmierć zwierząt pomoże mu odnaleźć wewnętrzną równowagę. Kluczowa będzie tu też postawa ukaranej niejako za czyny Luriego jego córki Lucy, która z pokorą Hioba, ale i z trzeźwym osądem sytuacji podchodzi do katastrofy, która ich spotkała oraz jej skutków: „Może to dobry punkt wyjścia, może właśnie z tym muszę się pogodzić. Zacząć od zera. I to bezwzględnego. Po prostu od zera. Bez broni, bez majątku, bez praw, bez godności”. „Jak pies” – rzuca jej w twarz ojciec. „Właśnie. Jak pies”. Przyznam się, że wizja współczesności, jako czasu odwetu i konstrukcji nowego porządku, opartego o bestialstwo i przemoc, w którym człowiek z jednej strony jest traktowany gorzej niż pies, a z drugiej sam jest bestią, stokroć od niego gorszą, jest dla mnie wstrząsająca.

Marcin Wierzchowski postanowił ten obraz jeszcze bardziej wzmocnić, każąc role psów zagrać aktorom. Emocji, pojawiających się w czasie sceny, w której Bev usypia człowieka, nie da się opisać w żaden sposób. Adaptacja tekstu jest właściwie bardzo wierna książce południowoafrykańskiego noblisty. Proste, lakoniczne zdania, układające się w chirurgicznie precyzyjną, zaskakującą chłodem i ironicznym dystansem prozę, ukazują nam pełnię swojego emocjonalnego bogactwa dopiero wówczas, gdy brzmią z ust konkretnych ludzi w konkretnych, odegranych z wielkim wyczuciem sytuacjach. Aktorzy Teatru Ludowego – bez wyjątku znakomici – pozwalają dopiero tak naprawdę zatopić się w brutalny i bezwzględny, ale też hipnotyczny świat Coetzee’go, ukryty za pozornie chłodnymi i oszczędnymi słowami. Pomaga w tym też narracja, specjalnie dedykowana przez reżysera każdemu widzowi z osobna. Przyznam się, że mnie osobiście niepotrzebna. Świat Coetzeego, który mimo dzielących Polskę od RPA tysięcy kilometrów okazał się w stu procentach moim światem, wstrząsnął mną na tyle mocno, że nic innego nie było mi potrzebne. Znakomita scenografia Barbary Ferlak, mocno poddająca w wątpliwość rolę literatury (wielkie ściany z książami), a więc wykształcenia, czyli szeroko pojętej kultury, przywodzi na myśl oscarowy film Stephena Daldry’ego „Lektor”. Tam, gdy bohaterka grana przez Kate Winslet nauczyła się wreszcie czytać, zrozumiała, że popełniła zbrodnię. Literatura nie przynosi jej jednak wybaczenia i ukojenia wyrzutów sumienia. Bohaterka popełnia samobójstwo, jak na ironię używając stosu książek jako stopni do stryczka. Podobnie jest w „Hańbie” Wierzchowskiego – w pewnym momencie książki spektakularnie spadają na podłogę, pokazując w gorzki sposób całą nieprzydatność kultury w dzisiejszym świecie. Na ironię, najbardziej nieprzydatne wydają się one uniwersyteckiemu profesorowi, który – okazuje się – niczego się z nich nie nauczył. Być może nikomu niepotrzebne książki podzielą los zwierząt – zapakuje się je w czarne worki i spali w piecu. A wiadomo, że tam, gdzie pali się książki i zwierzęta, wcześniej czy później pali się też ludzi. Przyznam, że Wierzchowski z Coetzeem nie mają dla nas litości. Oby rzeczywistość była łaskawsza.

Piotr Pilitowski gra Luriego znakomicie. Precyzyjnie i z pełnym oddaniem kreuje najpierw podstarzałego, lubującego się w romantycznej poezji (Byron, Wordsworth) i przeestetyzowanym świecie Casanovę, żeby po chwili – pod wpływem dramatycznych wydarzeń – stopniowo zrzucać maski, za którymi czai się bezbronny, nieszczęśliwy, bojący się śmierci i potrzebujący oparcia mały chłopiec. Znakomicie prowadzi Pilitowski sceny oburzenia i wściekłości na brutalną rzeczywistość, której z uporem starał się nie dostrzegać. W pewnej przesadzie gestów i działań na granicy histerii jego Lurie jawi się raz jako błazen, raz jako głęboko nieszczęśliwy człowiek. Świetne są debiutująca w roli Melanie Marianna Zydek oraz Anna Pijanowska w roli Lucy. Zapamiętam na pewno skupioną, pełną emocji twarz Melanie w odważnych i brutalnych scenach przemocy, dokonywanej przez Luriego oraz znakomitą scenę, w której Lucy poddaje się Petrusowi i jego porządkom, akceptując swój „psi” los. Wie, że gdy pies ma swojego pana, nie trzeba będzie go uśpić. Młoda aktorka pokazuje trudne procesy wyboru mniejszego zła przez Lucy doprawdy po mistrzowsku. Pozostali aktorzy w niczym nie ustępują swoim kolegom, że wspomnę jeszcze znakomitego Jana Nosala w roli lubującego się w piłce nożnej i prostych wartościach, a zarazem przebiegłego Petrusa. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie Bev Małgorzaty Kochan. Coetzee pisze o niej, że zaintrygowała Luriego sposobem, w jaki zwracała się do usypianych przez siebie zwierząt. Wydaje się, że krakowska aktorka zbudowała na tym całą tajemnicę swojej roli. Raz jawi nam się jako delikatna, poszukująca miłości i szczęścia dziewczyna, raz jako bezwzględna, mityczna Parka Atropos, przecinająca nici losu swoich kolejnych ofiar. Od momentu, gdy pojawia się na scenie, emanując na przemian to delikatnością i miłością, to znów bezwzględnością, spokojem i tłumionym gniewem – łzy same cisną się do oczu. Wielka rola.

Marcin Wierzchowski, wierząc w swoich aktorów i Coetzee’ego, a także wiedząc, co chce nam za pomocą jego prozy powiedzieć, zrobił spektakl znakomity. Jego diagnoza jest wstrząsająca. Lekarstwo na chorobę społeczną, jaką jest społeczny podział i nienawiść, która i nam, Polakom, się przydarzyła również nie jawi się jako coś przyjemnego. Najgorsze, że wśród różnych wypowiedzi artystycznych ta przepełniona ciemnością, pełna przemocy, ale i mądrości jawi się jako jedna z nielicznych realnych, dobrze sformułowanych i trafnych. Nam, widzom, pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone, wszak „psy” Wierzchowskiego w Teatrze Ludowym wciąż szczekają i ostrzegają nas przed niebezpieczeństwem…


 26.06.2018
Monika Morusiewicz
 

Hańba szansą na lepsze życie

 

Zhańbienie, bez względu na rozmiar winy, prowadzi do tych samych konsekwencji. Ostracyzm społeczny, odtrącenie, samotność – to tylko jedne z niewielu rezultatów infamii. Z tego powodu większość ludzi unika hańby jak ognia, dostosowując się do ustalonych reguł. A jak już przydarzy im się coś nieodpowiedniego, to szybko przepraszają, wydając oświadczenia pełne skruchy, choć faktycznie jej nie czują. Jednak, nie każdy, wskutek przymusu, chce za swoje niemoralne postępowanie przepraszać.

Taką osobą jest David Lurie – główny bohater „Hańby" – książki J. M. Coetzee'ego, wystawianej na deskach Teatru Ludowego. Piotr Pilitowski w bardzo przekonujący sposób przedstawił portret 52-letniego badacza literatury, który nie żałuje swoich czynów, bez względu na to, jak bardzo byłyby nieetyczne. Jest pewny siebie i bierze od życia to, co się mu należy. Pomimo że otoczenie uważa, że popełnił błąd, romansując ze studentką Melanie, a nawet – że jest przez to zhańbiony, to Lurie nie dostrzega swojej winy. Hańbę, którą na niego nałożyło środowisko, postrzega raczej w kategoriach estetycznych (jakby nosił zhańbioną szatę) niż etycznych.

Momentem przełomowym w jego życiu są odwiedziny u córki Lucy, a w szczególności wydarzenie, gdy przeżywa ona to samo cierpienie, co studentka Melanie, którą zmusił do romansu. Piotr Pilitowski świetnie zagrał bezradność ojca, który musi poradzić sobie z faktem, że jego córka została zgwałcona, a on nie mógł temu zapobiec. Co więcej, nie może z nikim podzielić się tą historią, ponieważ Lucy zabroniła mu rozmów na ten temat. Lurie musi więc nosić tę hańbę sam. Wskutek przeżywanego cierpienia dojrzewa do pewnych wniosków. W rozpaczy Lucy dostrzega rozpacz Melanie.

Intelektualny bywalec salonów, niedbający o uczucia innych, nagle przeżywa traumatyczne oczyszczenie. Razem z Davidem Luriem uczestniczymy w podróży przez jego wyzwolenie. Jesteśmy świadkami jego bólu, rozpaczy, bezradności i upadku. Lurie jest bezwstydnie pokonany. Obudził się w nim krzyk świadomości – płomień, którego nie mógł już ugasić.

Fantastyczną sceną, opisującą moment samoświadomości Luriego, jest scena tuż po napadzie na dom jego córki. We śnie główny bohater widzi swoich rodziców, uśmiechających się w ramach obrazu i zwierzęco kochających się poza nimi, córkę Lucy, ponownie przeżywającą moment zgwałcenia oraz studentkę Melanie, zmuszoną przez niego do romansu. W tej scenie Marianna Zydek autentycznie przedstawiła cierpienie młodej kobiety, odczuwającej ból podczas stosunków z profesorem, do którego nie czuje miłości. Widać w niej cierpienie, kiedy po raz kolejny doświadcza gwałtu z jego strony. Lurie powoli zaczyna rozumieć, że postępował źle, że podążał za tymi samymi zwierzęcymi instynktami, co rodzice w jego śnie, że był zwierzęciem ubranym w ludzką skórę.

Lurie sięgając dna, zaczął spotykać się z prostymi ludźmi takimi jak Beth (zajmującą się opuszczonymi zwierzętami) czy Petrus (pracownik Lucy), na których wcześniej popatrzyłby z pogardą. Na szczególną uwagę w tym miejscu zasługuje gra aktorska Jana Nosala w roli Petrusa, który nadał tej postaci zabawny charakter. Dzięki żartom Petrusa, jego sposobie mówienia, dramat dziejący się na oczach widzów nabiera oddechu. Podobną funkcję pełnią też niektóre rozmowy Lucy z ojcem, będące przekomarzaniami rodzica i dziecka. Nadają one lekkości całej historii.

Istotną częścią przedstawienia są również scenografia i kostiumy aktorów. Dramat dzieje się w kilku miejscach, czasem jednocześnie. Idealne wykorzystanie przestrzeni sprawia, że widz automatycznie dopasowuje się do klimatu historii. Miejsce, w którym przebywa Lurie może być zarówno gabinetem, jego mieszkaniem, jak i pokojem u Lucy. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Podobnie z klatkami dla psów, adaptowanymi na lecznicę bądź tymczasowe więzienie Luriego podczas napadu.

Kostiumy wykorzystane podczas spektaklu oddają wewnętrzne stany bohaterów. Lucy – wycofana indywidualistka nosi luźne ubrania, ukrywające atrybuty jej kobiecości. Beth chodzi w jasnych kolorach; są to często ubrania w kwiaty, podkreślające jej niewinność i dziecinność. Strój jest też istotnym elementem przeżyć Luriego. Na początku historii nosi on skrojone koszule i dopasowane spodnie, odzwierciedlające jego status społeczny. Natomiast pod koniec przedstawienia ubiera się w wyciągnięty sweter. Wygląd nie ma już dla niego takiego znaczenia, skoro jego głównym zajęciem jest pomoc w klinice dla zwierząt.

Widz jest świadkiem głębokiej przemiany Luriego. Hańba, którą przeżył i przeanalizował, pozwoliła mu popatrzeć na świat z innej perspektywy. Cierpienie go uszlachetniło. W rezultacie, wszystkie ideały, w które wierzył, przestały mieć sens. Dlatego książki - symbol wiedzy i wyższości Luriego nad innymi - spadają z półek. Główny bohater jest obnażony. Znamienna jest rozmowa Luriego z ojcem Melanie, podczas której George Isaacs, widząc zmianę zachowania byłego już profesora, pyta: „Więc tak upadają mocarze?", na co Lurie odpowiada: „Może czasem warto upaść". Nie jest zatem najważniejsza transformacja na pokaz, dokonana wskutek przymusu otoczenia, ale przemiana prawdziwa, płynąca z prawdziwej, wewnętrznej potrzeby zmiany.

Nagrody i wyróżnienia

GRAND PRIX Zespołowe 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych – Festiwalu Sztuki Aktorskiej  oraz statuetka Wojciecha dla zespołu  aktorskiego  w składzie: Piotr Pilitowski, Małgorzata Kochan, Anna Pijanowska, Marianna Zydek, Jan Nosal, Tadeusz Łomnicki, Patryk Palusiński, Jagoda Pietruszkówna, Piotr Franasowicz, Urszula Chrzanowska. (2019r)

Wyróżnienie dla Anny Pijanowskiej za rolę Lucy na  54. Przeglądzie Teatrow  Małych  Form KONTRAPUNKT 2019 w Szczecinie.

Twórcy

przekład: Michał Kłobukowski
adaptacja i reżyseria: Marcin Wierzchowski
dramaturgia: Agnieszka Turek, Daniel Sołtysiński
asystent reżysera: Tadeusz Łomnicki
scenografia: Barbara Ferlak
muzyka: Urszula Chrzanowska
inspicjent / sufler: Anita Wilczak - Leszczyńska

Obsada

Brak zaplanowanych spektakli